wtorek, 22 marca 2016

Szkoły

Jak to wyglądało. Należy zacząć od tego, że nie chodziłem do przedszkola czy zerówki. Niewiele pamiętam z tego okresu, ale wiem że pierwsze wyjście na przerwę to był płacz. Z czasem się to wszystko jakoś ułożyło.
Wychodziło się razem z kolegami, na przerwach biegało itd. Po lekcjach też się czasami spotykało czy to pograć w piłkę czy na rower. Można powiedzieć, że miałem kolegów więc było OK, no oprócz czerwienienia.
W gimnazjum klasa w większości te same osoby, tylko kilka nowych. Można powiedzieć, że wyglądało to podobnie, choć tu zaczęło się śmianie, czerwienienie, lekcje muzyki itd. Teraz nie wiem jak ja to wytrwałem. Z kolegami już nie wychodziłem tak często, bo zaczął się alkohol i te sprawy, a mnie do tego nie ciągnęło, do dziś zresztą tak jest. W pamięci zapada ostatni dzień szkoły i słowa piosenki "to już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść." No właśnie,
tu zaczęła się chęć zmiany, że tak dalej nie może to wyglądać. Nowy początek. Nie poszedłem do szkoły tam gdzie szli koledzy. Chciałem żeby mnie nie znali, nie oceniali przez pryzmat. Wybrałem liceum, z perspektywy czasu wybrałem źle, ale tego już się niestety nie cofnie. W klasie była tylko jedna dziewczyna z klasy w gimnazjum. Miało być inaczej, a wyszło jak zawsze. Klasa była liczna, gdzieś 36 osób, potem zostało około 30, z tego tylko 6 chłopaków, co dla mnie nie było raczej dobre. Koledzy? Bardziej znajomi, nie miałem żadnego numeru telefonu, i tak mieszkali daleko, ale każde wyjście równało się z piciem. Życie głównie wyglądało to tak. Szkoła-dom- szkoła- dom. Czerwienienie? Owszem, choć pewnie już nie w takim stopniu, ale nie było mi też na każdym kroku to przypominane. Mimo wszystko ludzie chyba bardziej dojrzalsi. Odzywałem się? Nadal bardzo mało, ale czasami udało się pogadać z dziewczynami z klasy bez odpowiadania jednym słowem. Sukces, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz